KLER
XXV Niedziela zwykła
23 września 2018 roku
I CZYTANIE: Mdr 2, 12. 17-20. II CZYTANIE: Jk 3, 16 – 4, 3. EWANGELIA: Mk 9, 30-37.
Jezus i Jego uczniowie przemierzali Galileę, On jednak nie chciał, żeby ktoś o tym wiedział. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: "Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity, po trzech dniach zmartwychwstanie". Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: "O czym to rozprawialiście w drodze?" Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: "Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich". Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: "Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał".
Na ekrany kin wchodzi właśnie najgłośniejszy film tego roku – „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Jak piszą znawcy kinematografii, „stawia on kilka ważnych pytań, jest w nim kilka scen przejmujących i ważnych, ale jako całość irytuje przeczernieniem, uproszczeniami i schematyzmem” (ks. Andrzej Luter w recenzji opublikowanej na portalu „Więzi”). Osobiście uważam, że miast się oburzać, krzyczeć, protestować i komentować kontrowersyjny obraz, jako ludzie wierzący, zwłaszcza jako księża, musimy zmierzyć się z tym, co on przynosi. A przynosi bezbrzeżne zło objawiające się w księżowskich (świadomie nie piszę „w kapłańskich”) grzechach. Próbuje odmitologizować kapłaństwo i uświadamia, że ksiądz ze swoimi zaletami i wadami, radościami i troskami, potknięciami i bolesnymi upadkami to taki sam człowiek jak każdy inny.
Mówię o tym w kontekście dzisiejszej Ewangelii, która w sposób bardzo klarowny pokazuje, kim od samego początku byli ci, których Jezus powołał. Zazwyczaj myśląc o Apostołach Jezusa, odwołujemy się do wyidealizowanego obrazu prostych i szlachetnych mężczyzn, pozostawiających swoje łodzie, by bezinteresownie pójść za Jezusem. Kłopot w tym, że jest to obraz zafałszowany. Zanim wydarzył się dramat Golgoty i nadeszło zaskakujące doświadczenie poranka wielkanocnego, uczniowie Jezusa wcale nie kierowali się altruistycznymi pobudkami. Niemal na każdej stronicy Ewangelii przywołuje się obrazy zainteresowania uczniów odpłatą za ich trud i poświęcenie. Szczególnie Piotra intrygowało, co otrzyma w zamian za przyjęcie roli lidera wspólnoty. Nie, nie byli święci i idealni. Byli tak samo niedoskonali, jak niedoskonali my jesteśmy. Dopiero Golgota, Zmartwychwstanie i Zesłanie Ducha Świętego wywrócą ten porządek ludzkich ambicji.
W dzisiejszej Ewangelii moją uwagę przykuło też zdanie: „Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać” (Mk 9, 32). Dalej dowiadujemy się, że lęk Apostołów był skutkiem objawienia się ich największych wad: posprzeczali się ze sobą, wyszły z nich najgorsze pragnienia i zawładnęły nimi chore ambicje. Macie tak czasem, że boicie się do Boga zbliżać, o cokolwiek Go pytać i z Nim rozmawiać? Doświadczam tego zawsze wtedy, gdy wychodzi ze mnie zło, gdy górę nade mną biorą moje wady, gdy do głosu dochodzą największe słabości. Im większy grzech, tym większy lęk. Macie tak? To dlatego, że Boga boi się ten, kto w jakiś sposób zagubił swoją miłość do Niego. To grozi nie tylko księżom. To niebezpieczeństwo, które czyha na każdego wierzącego człowieka.
Dobra Nowina, którą dzisiaj słyszymy, uświadamia nam, że nie musimy się Boga bać. Nie ma grzechu, który jest dla Boga za duży. Zbyt purpurowy, żeby nie mógł go wybielić. To jest jedno z najpiękniejszych doświadczeń chrześcijaństwa: Jezus wprawdzie mówi do nas o naszych grzechach. Nieraz mówi nawet bardzo ostro. Jednak nigdy nas nie upokarza, nigdy nas nie poniewiera. Nie musimy się bać. Mówi do nas o naszych grzechach, ponieważ w Nim jest odkupienie. Stawia przed nami dziecko, które jest symbolem naszej bezradności wobec otaczającego nas świata, naszych grzechów, grzechów innych ludzi – także księży. Stawia przed nami dziecko i obejmuje je. Warto zauważyć, że jest to jedyna scena w Ewangelii mówiąca o tym, że ktoś jest w objęciach Jezusa. Ewangelista Marek wspominając bezimienne dziecko notuje, że Jezus „objął je swymi ramionami”.
Powstaje pytanie: czy istnieją w rzeczywistości tacy biskupi i księża, jak ci w filmie Smarzowskiego? Zapewne tak, choć nigdy nie spotkałem kogoś, kto by miał w sobie tak wiele zła. W Polsce jest około trzydziestu tysięcy księży i ponad stu hierarchów. Wśród nas są z pewnością również tacy, których styl życia niedaleko odbiega od stylu „księżowskiego życia” ukazanego w filmie „Kler”. I choć nie jest to żadne usprawiedliwienie, trzeba sobie jasno powiedzieć, że księża to tylko ludzie. Musimy wreszcie przestać się oszukiwać. Oszukujemy się bowiem my – sami księża – sądząc, że przez sakrament święceń dostajemy od Boga zbroję, która chroni nas przed wszelkimi pokusami i żądzami. Oszukują się także wierni, którzy chcą widzieć w duchownych ideał, któremu sami nie są w stanie sprostać. Faktem jest jednak, że wszyscy jesteśmy tacy sami i wszyscy, podobnie jak Apostołowie, potrzebujemy nawrócenia – przemieniającego doświadczenia Golgoty, Zmartwychwstania i Zesłania Ducha Świętego.