WOLNOŚĆ, ODPOWIEDZIALNOŚĆ I MEDZIUGORIE

WOLNOŚĆ, ODPOWIEDZIALNOŚĆ I MEDZIUGORIE

„Nie mogę się nadziwić, że są takie osoby wierzące, którym tak bardzo zależy, tak bardzo pragną, aby jakaś część ludzi znalazła się w piekle. Tu nie chodzi o to czy piekło istnieje. Jezus wyraźnie o nim mówi. Niemniej w oczach wielu  piekło ma być gwarantem prawdziwej karności i posłuszeństwa. I przeraża ich myśl, że miłość Boga jest darmowa. Chcą, aby sprawiedliwość, rozumiana często po ludzku a przypisywana Bogu, była bezwzględnie zachowana” – napisał na swoim profilu Dariusz Piórkowski SJ.

To słuszna, choć – patrząc przez pryzmat chrześcijaństwa – bardzo smutna diagnoza. Dodałbym do tego jeszcze coś innego  - strach przed odpowiedzialnością. Mnóstwo ludzi boi się wzięcia odpowiedzialności za własne życie. A jasno określone zasady i reguły, trwałe i niezmienne (białe jest białe, czarne jest czarne; dotąd jest grzech lekki, odtąd ciężki; za to pójdę do nieba, a za to na pewno do piekła), pomagają im z tym lękiem się uporać. Zwalniają z autorefleksji i osądu sumienia.

Widzę to bardzo wyraźnie w kierownictwie duchowym. Każdego miesiąca przychodzi kilka osób, które proszą o kierownictwo duchowe. Zasadniczo wszyscy rezygnują, gdy dowiadują się, że nikt im nie powie, jaką decyzję mają podjąć, jakiego wyboru dokonać, krótko mówiąc: jak mają żyć. Dlatego nie dziwię się, że coraz większym powodzeniem cieszą się duchowni gnostycy, którzy jasno mówią ludziom, jak mają żyć, i którzy znają odpowiedź na wszystkie pytania. Ludzie tego potrzebują. Nawet za cenę utraty wolności. Bo jeśli nie ma wolności, nie ma też odpowiedzialności.

Z tego też powodu, w mojej opinii, tak wielkim powodzeniem cieszą się prywatne objawienia, zwłaszcza zaś te z Medziugorie. Tam wszystko jest jasne. „Matka Boża – Gospa” codziennie – ustami „widzących” – mówi jak żyć. Jeśli dodamy do tego, że wielu duchownych swoją misję postrzega jako – no właśnie – mówienie ludziom jak mają żyć, to wszystko idealnie się składa. To nic, że niewiele ma to wspólnego z Ewangelią. Ona jest zbyt trudna, ponieważ daje możliwość wyboru i przestrzeń wolności. Ponadto stoi w opozycji do klerykalizmu, ale o tym nieco później. „Daj już spokój z tą Ewangelią!” – powiedział mi wzburzony znajomy. „Nie widzisz czego chcą ludzie? Czepiacie się z Terlikowskim (Tomasz Terlikowski) tego czy innego księdza, bo zazdrościcie, że za nim idą tłumy i ma ludzi, którzy w ogień za nim pójdą” – dodał.

Tłumy. To tłumy są najważniejsze. Nie Ewangelia. Nie wierność Kościołowi. Ważne jest to, czego chcą ludzie i na co jest popyt. A jak na coś jest popyt, to można na tym dobrze zarobić. Czyż nie? To nic, że takie np. objawienia z Medziugorie (ale też wiele innych, obecnie promowanych) nie są uznane przez Kościół. To nic, że jeszcze do niedawna, wbrew zakazowi Kościoła, organizowano tam liczne parafialne pielgrzymki, co było jednoznacznym znakiem nieposłuszeństwa. To nic, że to miejsce (i wydarzenia z nim związane) dzieli Kościół, a bardzo często osoby, które są pod wpływem „duchowości Medziugorie” za nic mają nauczanie tegoż Kościoła i tradycję liturgiczną. To wcale nie jest istotne. Najistotniejsze jest to, że ciągną tam tłumy.

Czyż nie podobnie było z innymi miejscami, chociażby tylko w Polsce, do których ciągnęły (i ciągną wbrew Kościołowi) tłumy? Suspendowany ks. Piotr Natanek i jego sekta w Grzechyni. Ks. Daniel Galus i jego sekta w Czatachowie. Albo dominikanin Paweł M., do którego też przychodziły tłumy, a który przed laty w prowadzonym przez siebie duszpasterstwie akademickim we Wrocławiu stworzył sektę. Na informacje o nadużyciach, także natury seksualnej, jakich dopuszczał się Paweł M. nikt nie reagował tylko dlatego, że do duszpasterstwa ciągnęły tłumy. I żeby było jasne – nie jest moją intencją postawienie znaku równości między Medziugorie a wspomnianymi sektami. Chcę jedynie pokazać, jak często zgubne dla Kościoła okazuje się kryterium „tłumów”. Nie „tłumy” bowiem świadczą o Bożym pochodzeniu, godziwości i autentyczności danego zjawiska czy wydarzenia, lecz wierność Ewangelii i nauczaniu Kościoła.

Dodać tu trzeba również coś bardzo ważnego, co bardzo często umyka, a o czym wcześniej wspominałem. Jest to wizja duchowości i Kościoła na wskroś klerykalna. Świeccy są tutaj nauczani, karmieni sakramentami, powinni słuchać, a jeśli chcą wziąć na siebie część tej odpowiedzialności, są… niebezpieczni. Klerykalizm to choroba, który toczy Kościół. Papież Franciszek od początku swojego pontyfikatu robi wszystko, by Kościół z klerykalizmu wyleczyć. Wiąże się to ze zmianą naszego myślenia na temat Kościoła, a więc z naszym nawróceniem. Dotychczasowa wizja czy sposób postrzegania Kościoła musi się zmienić, musi stać się bardziej ewangeliczna. Nic więc dziwnego, że każdy, kto nie zgadza się z taką duchowością, jak ta opisana powyżej, uważany jest za niebezpiecznego progresistę.

Czy w końcu zrozumiemy, to, że w Kościele nie tłumy są najważniejsze? Że Kościół to sakrament zbawienia, znak obecności Boga i Jego działania? Że to przestrzeń, w której człowiek odkrywa i w wolności (!) rozwija swoją więź z Bogiem, który to Bóg niczego bardziej nie pragnie, jak dobra człowieka i jego szczęścia? „Chcemy, by Bóg był taki jak my” – napisał we wspomnianym poście o. Dariusz. To dlatego – piszę o tym w książce „Zgorszeni Bogiem” – niektórzy z nas czują się zgorszeni Bogiem, którego Jezus objawia nam na kartach Ewangelii. A On objawia nam oblicze Boga Miłosiernego, który nie jest taki jak my. To nas gorszy. Nas, radykalnych obrońców wiary i strażników moralności, zwolenników wykorzeniania zła w każdym miejscu i o każdej porze, walecznych tropicieli rozmaitych śmiercionośnych ideologii i wszelkiej maści izmów: konsumpcjonizmu, materializmu, postmodernizmu, genderyzmu etc. Gorszy nas – współczesnych kryptomanichejczków, z łatwością dzielących ludzi na dzieci światłości i ciemności, walczących, zbawiających świat i próbujących własnymi sposobami wypracować sobie wieczną nagrodę. Gorszy nas, gdy nie pojmujemy, że – jak przypomina nam papież Franciszek – „zbawienie ofiarowane nam przez Boga jest dziełem Jego miłosierdzia. Nie ma takiego ludzkiego działania, niezależnie od tego, jak mogłoby być dobre, przez które moglibyśmy zasłużyć na tak wielki dar” . W końcu gorszy też nas, którzy życzylibyśmy sobie Boga srogiego, bezdusznego, surowego i okrutnego.

Powiedzmy sobie szczerze: taki Bóg wielu z nas gorszy.  I będzie nas gorszył, jeśli nie zaczniemy poważnie traktować Ewangelii. To ona jest najważniejsza. Nie prywatne objawienia i duchowni mówiący ludziom, jak żyć. Nawet jeśli idą za nimi tłumy.

 

ks. Bartosz Rajewski – ur. 1983, proboszcz parafii pw. św. Wojciecha na Kensington & Chelsea w Londynie. Odpowiedzialny także za duszpasterstwo angielskiej parafii pw. Św. Patryka na West Hendon w Londynie. Prawnik kanonista. Publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Niedzieli”, portalach Deon i Katolik, współpracował z KAI. Autor monografii „Moja parafia. Powojenne dzieje parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Łobzie”. Ostatnio nakładem Wydawnictwa WAM ukazała się jego książka „Zgorszeni Bogiem”.

Artykuł opublikowano na portalu „Więzi” w dn. 18 sierpnia 2022 roku

https://wiez.pl/2022/08/18/kierownictwo-duchowe/

Nasza witryna używa plików cookies. Dowiedz się więcej:Polityka prywatności