BÓG BLISKO NAS

DOTKNIJCIE SIĘ MNIE!

W pandemicznej rzeczywistości z dużym niepokojem obserwuję lawinowy wzrost zagubionych i zalęknionych ludzi, którzy chodzą od kościoła do kościoła, szukając tej jednej właściwej i wymarzonej parafii, w której będą mogli praktykować własne formy pobożności i księdza, który utwierdzi ich w ich błędnych przekonaniach. Taka pobożność najczęściej wyrasta na prywatnych, często nieuznanych przez Kościół objawieniach (tutaj prym wiedzie Medjugorie i włoskie Trevignano Romano) i ma charakter wyłącznie pokutny. Wyraża się między innymi w klęczeniu przez znaczną cześć albo nawet przez całą liturgię, przyjmowaniu Komunii św. tylko na klęcząco, częstym przystępowaniu do spowiedzi przy jednoczesnym negowaniu obowiązujących w Kościele norm liturgicznych i krytyce papieża Franciszka.

Tymczasem Jezus mówi dzisiaj do nas: „Dlaczego jesteście tacy zalęknieni i dlaczego wątpliwości budzą się w sercach waszych? Oglądajcie Mnie, bo to Ja jestem! Dotykajcie Mnie i przekonajcie się, przecież duch nie ma ciała ani kości, a Ja mam – jak widzicie! ” (por. Łk 24, 38-39). Od tamtego czasu zmieniło się niewiele. By rozeznać, czy rzeczywiście mamy do czynienia z Jezusem Chrystusem, wystarczy uważnie się przyjrzeć i skonfrontować to co widzimy, z Ewangelią.

Przybywa jednak ludzi, którym nie wystarcza Ewangelia, słuchanie homilii o wartości posłuszeństwa Kościołowi, różaniec czy adoracja Najświętszego Sakramentu. Pragną spotkać się z żywym Jezusem, ale szukają Go albo w nadzwyczajnych przeżyciach („Mnie interesują tylko Msze o uzdrowienie” – mówią), albo w magicznym traktowaniu pobożnych praktyk („Odmówię 193 różańce i zostanę wysłuchany”), albo w klęczeniu przez całą liturgię („Bo tak powiedział Jezus w objawieniach ks. Pelanowskiemu”). Coraz częściej wierni nie chcą już „zwykłej” Mszy, ale Mszę o uzdrowienie; „zwykłej” spowiedzi, ale spowiedź „furtkową”; „zwykłej” święconej wody, ale wodę, sól i olej – egzorcyzmowane. Pojawia się coraz więcej księży – specjalistów, egzorcystów, uzdrowicieli, wojowników, rycerzy, namaszczonych lub samozwańczych „guru”, których fani są w nich wpatrzeni bardziej, niż w Pana Jezusa.

Broń Boże nie mam zamiaru tutaj posądzać nikogo o złą wolę. Zdecydowana większość tych osób wierzy, że w ten sposób zbawią siebie i świat od zła wszelkiego. Nieszczęście jednak polega na tym, że taka zaburzona duchowość nie prowadzi ich w głąb, do autentycznego spotkania z żywym Jezusem, ale do nieustannych wewnętrznych walk, niepokojów i lęków. Taka religijność, zamiast prowadzić do spotkania z miłosiernym Bogiem, staje się nieustanną napawającą lękiem konfrontacją z siłami zła. To swoista patologia duchowości, używając języka nieodżałowanego ks. Krzysztofa Grzywocza, która nie tylko nie prowadzi ludzi do Chrystusa, ale wręcz od Niego oddala, wyprowadzając ich także z Kościoła, od którego nauczania zdecydowanie bardziej cenią nauczanie tego czy innego „guru”.

Tymczasem Bóg jest blisko. Nie trzeba się Go obawiać. Nie można traktować Go jak prymitywnego i małostkowego pogańskiego bóstwa, które ukarze człowieka, gdy ten nie padnie przed nim na kolana. Nasz Bóg ma Ciało, Krew, Kości. On chce, byśmy Go dotknęli. „Dotknijcie się Mnie” – mówi. Możemy kawałek Jego Ciała poczuć na naszej dłoni w czasie Komunii św. Mówi do nas w swoim Słowie. Cały czas powtarza: „Nie bójcie się!”. Napełnia nasze serca pokojem. Jest obecny w swoim Kościele, w naszych siostrach i braciach. Jest Emmanuelem – Bogiem z nami. Spotkanie z Nim zawsze rodzi pokój, a nie lęk; radość, a nie smutek; szczęście, a nie frustrację; ukojenie, a nie nerwicę.

Nie potrzeba prywatnych objawień. Wystarczy czytać Ewangelię, by zobaczyć, że Jezus był i jest tym, kto rozumiał potrzebę ludzkiego szczęścia i z radością podarował wino na ślub ubogich przyjaciół. Kto rozumiał ludzki ból i potrafił płakać przy grobie przyjaciela. Kto przygarniał dzieci. Kto wielokrotnie brał udział w połowie ryb, sam ich nie łowiąc. Kto stanął w obronie grzesznej kobiety, gdy inni chcieli ją ukamienować. Kto wykonał pracę niewolnika i umył uczniom nogi w czasie uczty. Kto tak bardzo chciał być naszym przyjacielem, że oddał za nas swoje życie. Kto po zmartwychwstaniu przyniósł uczniom pokój, a nie strach i jadł z nimi przy ognisku pieczone ryby. Czy taki Chrystus, Chrystus Ewangelii jest niewystarczający? Czy naprawdę trzeba szukać „nowego” Chrystusa w coraz to nowych objawieniach?

Nasza witryna używa plików cookies. Dowiedz się więcej:Polityka prywatności